Jacek Sawaszkiewicz
MIĘDZY INNYMI MAKABRA

INCYDENT W TRAKCIE KONGRESU


- ...należy więc uznać - kończył Docent - że nie dysponujemy ani jednym wiarogodnym dowodem na to, że Niezidentyfikowane Obiekty Latające są pochodzenia pozaziemskiego.
Pięciotysięczne audytorium skwitowało tę wypowiedź aplauzem. Docent potoczył wzrokiem po amfiteatralnej sali i uniósł dłoń. i wtedy rozległ się przejmujący gwizd. W chwilę później rozpadło się jedno z okien. Przed mównicą wylądował stożkowaty pojazd, którego średnica u podstawy nie przekraczała dwóch metrów. Z pojazdu wyskoczył młody mężczyzna o lilipucim wzroście. Z zakłopotaniem obejrzał uczynione przez siebie szkody i bąknął parę słów wyrażających ubolewanie.
Docent wpatrywał się w niego szeroko otwartymi oczami. Rękoma przytrzymywał kartki trzepoczące od przewiewu.
- Kto pan jest? - wykrztusił wreszcie.
- Jestem przedstawicielem obcej cywilizacji - wyjaśnił gość. Sala zaszemrała.
- Co on plecie? - spytał ktoś z pierwszego rzędu.
- To są jawne kpiny - krzyknął jego sąsiad. - Kpiny albo prowokacja! Docent znowu uniósł dłoń.
- Drodzy państwo, łaskawie proszę o zachowanie spokoju - powiedział do mikrofonu. Nie przytrzymywane kartki sfrunęły z mównicy i opadły na podłogę. - Zaraz wyjaśnimy to nieporozumienie.
Wzajemnie nakazując sobie ciszę, zebrani umilkli. Docent zwrócił się do gościa.
- Słuchamy pana. Z jakiego to powodu wtargnął pan na salę obrad?
- Powiem krótko - odrzekł mężczyzna. - Przybyłem tutaj, by wykazać, że pańska teoria mija się z prawdą. Pragnę dowieść, że jest pan w błędzie.
Na sali podniósł się gwar. Docent gestem uspokoił
słuchaczy. Uśmiechnięty pochylił się z mównicy nad gościem.
- Czy można wiedzieć - zagadnął z zimną serdecznością - kim pan właściwie jest? Co pana upoważnił do formułowania tak skrajnych poglądów?
- Wraz z grupą specjalistów - odpowiedział gość - przyleciałem do waszego układu na pokładzie transgwiezdnego statku, który krąży teraz po eliptycznej orbicie pozamarsjańskiej. Pochodzę z systemu planetarnego oddalonego od Ziemi o wiele lat świetlnych.
- To jest kongres naukowców, a nie fantastów - rzucił ktoś z sali.
Zgromadzeni nagrodzili go oklaskami. Mężczyzna obrócił się twarzą do audytorium.
- Kosmiczni bracia! - zawołał z emfazą. - Jesteśmy pełni podziwu dla stanu waszej wiedzy, ale niepokoi nas wasz często przesadny sceptycyzm, którego przykładem jest odczytany tu referat rojący się od błędów.
- Wystarczy - przerwał mu Docent. - Wiemy już kim pan jest. Dziękujemy panu i prosimy, żeby zechciał pan opuścić tę salę.
- Chwileczkę - zaoponował gość. - Nie powiedziałem jeszcze wszystkiego. Docent ponownie mu przerwał.
- Nie po to zorganizowano ten kongres - oświadczył, zwracając się do audytorium - żeby umożliwić
wygłaszanie niepoważnych opinii każdemu intruzowi. Czy nie ma tu nikogo, kto by zaprowadził porządek?
- Jest, jest! - odpowiedziało kilkadziesiąt osób i uniosło się z miejsc.
Część uczestników kongresu ruszyła ku mężczyźnie. Najbardziej krewcy chwycili go pod ramiona i powlekli do wyjścia.
- Powtarzam - perswadował gość nie stawiając oporu - że przyleciałem do was z odległego systemu planetarnego. Nasza cywilizacja od wieków obserwuje rozwój życia na waszej planecie i od wieków usiłuje nawiązać z wami kontakt.
Przed schodami tłum przystanął. Z rozmachem puszczono gościa po szerokich marmurowych stopniach. W ślad za nim zrzucono jego pojazd.
- Drodzy przyjaciele - powtarzał Docent stojąc w drzwiach. - Nie przerywajmy obrad, nie przerywajmy...
Na powrót zajęto miejsca. Ktoś pozbierał z podłogi kartki referatu i położył je na mównicy, obok mikrofonów, ktoś inny zmienił wodę w karafce. Gwar powoli ucichł i na' sali zapanował spokój.
Docent podjął:
- Szanowni zgromadzeni! Serdecznie wszystkich przepraszam za to zajście. Wróćmy jednak do referatu. Otóż, jak powiedziałem, należy uznać, że nie dysponujemy ani jednym wiarogodnym dowodem na to, że Niezidentyfikowane Obiekty Latające są pochodzenia pozaziemskiego. Jest godne ubolewania, że fanatycy UFO odrzucają wszelkie rzeczowe argumenty i usilnie podtrzymują mit o odwiedzinach z kosmosu, nie przebierając przy tym w środkach...
Dalsze jego słowa zginęły w powodzi braw i owacji.

Do strony Jacka Sawaszkiewicza