Jacek Sawaszkiewicz
MIĘDZY INNYMI MAKABRA

KONIEC SEZONU


Korytarz był długi, tak długi, że opromienione słońcem okno na jego końcu wyglądała niczym miniaturka odbita w źrenicy. Posadzka ze sfałdowanego gumolitu usiłowała pochwycić tę iskrę światła, rozdzielić ją a poszerzyć.
Na dole, przed wejściem opatrzonym czerwoną tablicą, stali ludzie o mokrych nosach i zaróżowionych policzkach. Stali w karnej kolejce, mieli podniesione kołnierze i dreptali w miejscu, ubijając śnieg. Niektórzy palili.
Późnym rakiem, gdy mróz zelżał i jarzeniówki oświetliły korytarz płonącymi soplami, otwarto drzwi do budynku i ludzie mogli wejść. Wnieśli ze sobą dużo śniegu, który topniał i zostawiał na gumolicie kałuże błotnistej cieczy. Na kręconych schodach pośpiesznie gaszono papierosy, bo palących nie wpuszczano, a w kolejce nie obowiązywała zasada zaraz-przychodzenia. Ci z tyłu bacznie obserwowali poruszenia tych z przodu.
Nie rozmawiano. Czasem stęknięcie, jak uderzenie ciężkiego worka o beton, dawało świadectwo czujności stojących, którzy spostrzegli ryzykanta próbującego przesunąć się o kilka miejsc do przodu. Spadała na niego lawina pięści i kopniaków i wyrzucany na zewnątrz nieszczęśnik podnosił się ze śniegu, by przygarbiony poczłapać w stronę, gdzie za widnokręgiem ginął koniec czarnego ogonka.
Około południa, przez hol, trzymając się z dala od czekających, przemaszerowała pielęgniarka.
- Proszę pani - szepnął zarośnięty pięćdziesięcio-parolatek o wpadniętych policzkach. Pielęgniarka przystanęła na sekundę.
- Obiekcje? - spytała.
Mężczyzna wbił spojrzenie w obcasy sąsiada.
- Przepraszam - bąknął.
Stojący obok niego położyli mu dłonie na kościstych ramionach. Poczekali, aż pielęgniarka skinie pozwalająco głową.
- Stoję już dwa tygodnie! - krzyczał mężczyzna pchany do tyłu wciąż dalej i dalej. - Jutro kończy się mój urlop! Nie mogę czekać! Nie mam siły! Niedługo idę na emeryturę! Proszę pani...
Jego krzyk ścigał odchodzącą pielęgniarkę, dzwonił rezonansem opraw jarzeniowych, cichł i narastał na mowo, aż przekształcił się w rytmiczne jęki na stopniach kręconych schodów i umilkł wreszcie, zduszony śniegiem.
Po zachodzie słońca drzwi odcięły od wnętrza ludzi stojących na dworze. Kolejka rozdrobniła się i napęczniała. Rozkładano namioty i śpiwory, dmuchano w materace, włączano maszynki turystyczne.
Ci, którym udało się wcisnąć do budynku, przestępowali z nogi ma nogę. Sekretarka brała od nich zaświadczenia, podawała im czyste formularze. Ludzie wypełniali je w skupieniu, sprawdzając w kieszonkowych instrukcjach, jakie słowo wpisać do jakiej rubryki. Potem wpłacali należność do kasy i składali wypełnione formularze na stole. Goniec zanosił je do następnego pomieszczenia.
- Rozbierać się, łaźnia na prawo, wchodzić po trzy osoby - powtarzał głośnik. Z ręcznikami pod pachą szli do dentysty, który przeglądał im zęby, do felczera, żeby zrobić lewatywę, do fryzjera, kosmetyczki, mianikiurzystki a po natrysku - do masażysty.
Ordynator przyjmował ich pojedynczo. Z pliku formularzy wybierał właściwy, zerkał na sam dół, a potem taksował wzrokiem okutanego w ręcznik nagusa. - Na pani miejscu zrezygnowałbym z żeber - doradzał niekiedy. - Myślę, że przedramię będzie w sam raz. Jest bardziej spektakularne i tańsze. Albo:
- Szczęka? Szczęka długo się zrasta. Może podudzie? Efektowny widok i nie przeszkadza w jedzeniu.
- Nogi nie są już modne - rozlegał się czasem słaby protest.
- Jak pan uważa... Jeszcze tylko podpis uwierzytelniony przez sekretariat, i na stół. Sale chirurgiczne były jasne i przestronne. Lekarze biegle napełniali kadzie wodą i gipsem, rozwijali bandaże zakładali szyny. Breja z gumolitu znikała wraz z kolejką czekających, zostawiała po sobie siwe plamy. Budynek opuszczano tylnymi drzwiami. Okno na końcu korytarza wskazywało ludziom drogę rzuconym na śnieg czworobokiem jarzeniowego światła. Niektórzy chcieli na chwilę wrócić do kolejki przed wejściem, żeby dumnie przedefilować wśród ognisk i namiotów, ale względny personel pomocniczy umieszczał ich w autokarze, bo wczasy już się dla nich skończyły, a pociąg, który miał ich odwieźć do domów, niecierpliwie czekał na sygnał odjazdu.

Do strony Jacka Sawaszkiewicza