Jacek Sawaszkiewicz
Lot Trzmiela

Obywatel Trzmiel posuwał się wraz z kolejką w stronę trapu, który łączył płytę kosmodromu z wejściem do planetobusu. Miał bilet, plecak i był szczęśliwy.
Wszyscy w kolejce byli szczęśliwi. Szczęście przecinało kosmodrom długą kolejką wycieczkowiczów.
Obywatel Trzmiel pokonał trap i znalazł się w śluzie, gdzie w czterech kątach stały zbiorniki, a po ścianach biegły przewody pokryte smarem. Zbiorniki ociekały olejem, od przewodów biła woń przegrzanej izolacji.
Obywatel Trzmiel podał swój bilet mężczyźnie w uniformie, który wrzasnął:
- Kondygnacja dziewiąta! - i wypchnął go na korytarz.
Na korytarzu znajdował się szyb windy i biegły wokół niego kręte metalowe schodki. Winda była nieczynna, więc obywatel Trzmiel skorzystał ze schodków. Dotarł nimi na wskazaną kondygnację.
Miejsce obywatela Trzmiela było już zajęte, ale jacyś mężczyźni o spoconych twarzach ścisnęli się na ławce i zrobili mu inne miejsce, obok siebie.
Potem przy suficie zaskrzeczał głośnik:
- Wit... ...decznie państwa na ...kładzie ...busu - i padły nazwy planet.
Obywatel Trzmiel domyślił się, że to kapitan zapowiada początek podróży. Serce zabiło mu żywiej.
Ponieważ pas przy ławce był zerwany, obywatel Trzmiel chwycił się z sąsiadami pod ramiona i czekał na start. Ryknęło, posadzka podskoczyła, zadygotała agonalnie i opadła z powrotem.
Ciekawy głos z przodu spytał, czy już lecą. Z odpowiedzią pośpieszył głośnik:
- Odblokuj... tam... mulec ręczny, do ...snej ...olery! - i po chwili planetobus opuścił jonosferę.
Wycieczkowicze wydobyli z toreb kanapki, jaja, pomidory i termosy. Pili, żeby się rozgrzać przed spacerem po zimnym Księżycu.
Obywatel Trzmiel wypił także i w ten sposób zawarł bliższą znajomość ze swoimi sąsiadami. Po godzinie, zarówno on, jak i jego sąsiedzi, zgodnie postanowili darować sobie spacer po powierzchni Księżyca, zwłaszcza że postój miał tam potrwać tylko tyle, ile potrzeba na zrobienie zdjęć pamiątkowych.
Kiedy opuścili tego satelitę Ziemi, obywatel Trzmiel zatarł ręce na myśl o spotkaniu z Wenus. Okazało się jednak, że jest to:
- ...aneta zbyt gorą..., a pancerz ...tobusu jest nad... -ężony tarciem o atmosferę... ężyca i może się roz...cieć - w związku z czym załoga zmieniła trasę lotu.
Wszystkich naturalnie ogarnęło oburzenie.
Obywatel Trzmiel tymczasem otworzył folder, żeby sprawdzić, gdzie wypadnie im następny postój. Z rozkładu w folderze wynikało, że wypadnie on kolejno na Jowiszu i na Marsie. Obywatel Trzmiel poinformował o tym sąsiadów. Jeden z nich, najlepiej zorientowany, zaproponował, żeby spacer po powierzchni Jowisza także sobie darować, ponieważ jest to planeta o nieprzyjemnie dużej grawitacji. Propozycja została przyjęta.
Kiedy Mars zajmował połowę ekranów, wycieczkowicze zaczęli się szykować do wyjścia na zewnątrz. Kapitan wszakże ani myślał lądować, ponieważ:
- Mars ...nęliśmy już ...wno temu, a to, co wi..cie jest, do jasnej ...lery, Jo...szem - i podwoił prędkość podróżną.
Obywatel trzmiel zajrzał ponownie do folderu, przewertował go uważnie i stwierdził, że folder został źle sklejony i Mars, zamiast na szesnastej stronie, znalazł się na osiemnastej, zaraz po Jowiszu.
Wszystkich naturalnie ogarnęło rozgoryczenie.
Obywatel Trzmiel wyjął z plecaka dwa termosy i poczęstował sąsiadów. Wspólnie z nimi gruntownie zapoznał się z treścią folderu. Uwzględniwszy poprzestawiane strony doszli do wniosku, że następny postój wypadnie na Merkurym, planecie małej i wyjątkowo ciepłej. Wiadomość ta uradowała siedzące opodal panienki.
Około północy przyszedł radiotelegrafista, budząc chrapiących pasażerów.
- Zdaje się - powiedział - że są jakieś zakłócenia w łączności wewnętrznej. Będę za przewodnika. Na razie życzę wszystkim dobrej nocy - i sam wyciągnął się w przejściu między fotelami, na dmuchanym materacu.
Jedna z panienek zapytała, czy na Merkurym można się będzietrochę poopalać, na co radiotelegrafista odparł, że teraz lecą w kierunku Saturna, gdzie słońca prawie nie ma.
Wszyscy naturalnie poczuli się zawiedzeni.
Obywatel Trzmiel ze zdenerwowania poszedł do toalety. Czynna była tylko jedna, w dodatku żeńska, ponieważ w pozostałych dziesięciu zpachały się piony kanalizacyjne. Obywatel Trzmiel stanął więc na końcu kodedukacyjnego ogonka i zaczął liczyć. Wyszło mu, że będzie musiał czekać ponad godzinę, nawet jeżeli każda z osób ograniczy czas załatwiania swojej potrzeby do jednej minuty.
Obywatel Trzmiel po namyśle zszedł na najniższą kondygnację i kucnął pod pancernymi drzwiami, na których widniał groźny napis: NIEBEZPIECZEŃSTWO! PROMIENIOWANIE PRZENIKLIWE! Obywatel Trzmiel nie był tu pierwszy.
Kiedy wrócił, zastał tylko jednoego ze swoich sąsiadów, dwaj pozostali zniknęli. Część wycieczkowiczów spała, część rozeszła się po zakamarkach planetobusu w poszukiwaniu świeżego powietrza. W odległym kącie jakieś dziecko domagało się nocniczka.
- Kto wam ...zwolił ...rać pod drzwiami maszy...wni, do ...snej cholery?! - zapytał kapitan.
- Ja! - odpowiedział mu radiotelegrafista.
Podtrzymywany z obu stron przez brakujących sąsiadów obywatela Trzmiela szedł lekkim skosem, niosąc dwulitrowy kanister. Jakoś dotarli oni do swoich miejsc i obywatel Trzmiel dowiedział się, że przed kwadransem planetobus minął Saturna.
- Nigdy się tam nie zatrzymujemy - wyjaśnił radiotelegrafista. - O tej porze pasażerowie mają już po dziurki w nosie całej podróży - i zdjął nakrętkę z kanistra.
Wszyscy naturalnie wyrazili swoją dezaprobatę.
Kanister wypełniony był paliwem jednego z awaryjnych silników. Radiotelegrafista twierdził, jakoby ubytek w zbiornikach żadną miarą nie miał wpływu na przebieg lotu. Twierdził to z autopsji. Po jakimś czasie, dla poparcia tej tezy, poszedł powtórnie napełnić kanister.
Kiedy obywatel Trzmiel ocknął się ze snu, czuł każdą komórkę organizmu. Wokół niego panowało radosne podniecenie, wycieczkowicze przepychali się do wyjścia, więc razem z innymi podążył ku śluzie. Wspomagany przez swoich sąsiadów zszedł po trapie i rozejrzał się.
Przed nim obarczeni bagażem szli pasażerowie, wszyscy szczęśliwi, kierując się w stronę portu Linii Międzyplanetarnych. Obywatel Trzmiel stał nieruchomo na pustoszejącej płycie kosmodromu i przecierał oczy.
Obywatel Trzmiel ukończył swój lot.

Do strony Jacka Sawaszkiewicza