Jacek Sawaszkiewicz
MIĘDZY INNYMI MAKABRA

OGRÓD BOTANICZNY


Kiedy pan A.B. przyszedł do dentysty, był siny ze zdenerwowania. Starał się nie otwierać ust, żeby lekarz nie zobaczył ostatniego pieńka, który zżarty starością rozlatywał się powoli, ale z zadziwiająca konsekwencją.
- To jak mam zbadać pańskie zęby? - zasmucił się dentysta.
Chwilę trwało przekomarzanie, aż stanęło na tym, że lekarz usunął ząb najbliższy, bez zaglądania głębiej. Pan A.B. miał szczęście - był to akurat ten bolący, i może historia ta dobiegłaby finału, gdyby na miejscu wyrwanego zęba nie zaczął wyrastać młody dąbczak.
Początkowo pan A.B. był tym faktem szczerze ubawiony, później nieco zażenowany, a w końcu mocno się zmartwił. Koledzy z pracy, od dawna przyzwyczajeni do widoku pana A.B. ze słomką bądź trawką w ustach, nie zwracali na niego uwagi nawet wówczas, kiedy pęd osiągnął grubość ramienia rozwiniętego chłopa. Tylko dyrektor, mijając pana A.B. któregoś dnia na korytarzu, mruknął:
- Czy pan czasem nie przesadza?
Po miesiącu dąbczak dojrzał, zrzucił żołędzie i koledzy wreszcie spostrzegli, że coś nie tak. Zaczęli dawać najprzeróżniejsze rady, jak usunąć drzewko. Pan A.B. jednak nie chciał ich słuchać. Dąb, chociaż młody, miał piękne cieniste liście, które wspaniale chroniły przed słońcem.
- Problem nie w tym, jak się tego pozbyć - powiedział pan A.B. - Ale skąd się to wzięło?
- Na pewno od żucia tych świństw - odparł kierownik działu. - Co pan ostatnio żuł?
Okazało się, że ostatnio pan A.B. żuł gałązkę dębu. Sprawa została wyjaśniona i dano jej spokój. Dopiero po miesiącu, kiedy obok dębu zakiełkowała pinia i kakaowiec, zaczęły się plotki. Najwięcej do powiedzenia miała księgowa, mieszkająca na tej samej klatce co pan A.B.
- On dostaje przesyłki z zagranicy - oznajmiła wszem. - Podobno sprowadził nasiona palmy kokosowej.
Pan A.B. nie dementował plotek, lecz rósł wraz że swymi drzewkami. Równocześnie z pojawieniem się pierwszych pędów baobabu złożył wypowiedzenie. Dyrektor zrazu czynił mu trudności, ale kiedy otrzymał kosz orzechów kokosowych i obietnicę załatwienia drewna hebanowego na boazerię, ustąpił, a nawet podpi-sał trzymiesięczną odprawę.
Tymczasem pan A.B. każde wolne popołudnie spędzał na słońcu, nadal rosnąc. W dni pochmurne naświetlał drzewka kwarcówką i soluksem. Po niespełna kwartale własnoręcznie wykonał tablicę z napisem:

OGRÓD BOTANICZNY
wstęp - 10 zł, młodzież - 5 zł

I udał się za miasto.
Od tej pory nastały dla niego dobre dni. Wprawdzie wandale wybili mu przednie zęby, ale na ich miejscu wyrosły dwa cyprysy.
Sezon trwa cały rok. Zimą, chociaż drzewa są owinięte w słomiane chochoły, ludzie często odwiedzają pana A.B., bo pomiędzy drzewami urządzili, sobie ośrodek sportów zimowych.
Jest tu skocznia i tor saneczkarski, a pan A.B. ma z tego korzyść podwójną. Nie tylko bierze pieniądze za leżenie, ale i życie niewiele go kosztuje. W gorączce zabawy co rusz któryś z malców zażywających sanny traci poczucie kierunku i zjeżdża w przeciwną stronę niż należało.

Do strony Jacka Sawaszkiewicza