Jacek Sawaszkiewicz
MIĘDZY INNYMI MAKABRA

PRZETWÓRNIA


Naczelnego nie zastałem, co - biorąc pod uwagę wielkość zakładu - było zrozumiałe. Zastałem natomiast dyrektora do spraw technicznych.
- Reportaż? - spytał. - Znajdzie się u nas dostatecznie dużo materiału. Najnowocześniejsza linia produkcyjna na świecie, całkowite wyeliminowanie pracy ludzkiej, rozumie pan?
Przetwórnia robiła wrażenie. W wielopiętrowych halach i labiryncie korytarzy czułem się jak skrawek śmiecia, drobina kurzu.
- Zaczniemy od początku - powiedział techniczny, gdy po wyjściu na dziedziniec stanęliśmy przed zagrodą otoczoną trzymetrową siatką, za którą spacerowało stado krów. - Oto segment pierwszy, tutaj dostarczamy dowolny rodzaj żywca. Siatka nie pozwala na ucieczkę, a brama daje się otworzyć jedynie z zewnątrz. Po wprowadzeniu surowca pozostaje nam już tylko czekać na gotowe produkty. O resztę martwi się przetwórnia.
- Zwierzęta same idą do rzeźni?
- Zaraz pan zobaczy.
Wskazał mi przeciwległy szeroki budynek. Zza szczelnie zamkniętych metalowych drzwi dobiegał szum wody. Nagle, z górnej części, wynurzyła się stalowa łapa przypominająca czerpak buldożera. Zawisła nad zagrodą, chwyciła jedną z krów i wraz z nią zniknęła we wnętrzu budynku.
Dyrektor z satysfakcją obserwował łowy.
- No i co pan na to? - Pomysłowe.
- i proszę sobie wyobrazić, że tym wszystkim steruje komputer - dodał dumnie, po czym zaczął tłumaczyć: - Zwierzę teraz zostanie przetransportowane do myjni, czyli segmentu drugiego. Mięso z umytych sztuk segment trzeci posegreguje według klas i skieruje do odpowiednich działów: na gulasz, podroby, kotlety i tak dalej. Po przygotowaniu potraw zrobi się konserwy i w tej postaci przetwory trafią do konsumentów.
- Więc jesteście zwolnieni z wszelkich prac.
- Oczywiście. Nie dostarczamy nawet etykiet ma konserwy. Przetwórnia sama je drukuje.
- i chyba stąd się biorą te zaskakujące ceny?
W oczach dyrektora dojrzałem konsternację.
- Cóż znowu! Komputer sam dokonuje kalkulacji, owszem, ale jest tak zaprogramowany, że nie może popełniać absurdalnych pomyłek.
- Od czego zależy cena?
- Przede wszystkim od ilości i jakości mięsa, a także dodatków. Pan rozumie: sznycel z groszkiem, czy bigos z ziemniakami.
Techniczny z zadowoleniem oglądał moją zdumioną minę.
- Ale od czasu do czasu coś się psuje? - spytałem. - Przypuszczam, że dopiero wtedy zaczyna się bałagan. Zlokalizować awarię w takim kolosie...
- Awaria? - przerwał mi. - Przetwórnia sama melduje o wszelkich awariach. Podaje nawet ich przyczynę.
- Kapitalne! - zawołałem. - Już widzę ten reportaż. Zapraszam się do pana ponownie za pół roku.
- Proszę bardzo. Niewątpliwie zastanie pan wiele ulepszeń. Zwłaszcza komputer będzie bardziej wszechstronny. Prawdę mówiąc, jest on chłonny jak umysł dziecka. Sądzę, że gdyby zapoznać go z paroma systemami filozoficznymi, zająłby się kontemplacją.

W myśl obietnicy udałem się do przetwórni po upływie sześciu miesięcy. Hałas słyszany z daleka świadczył, że przetwórnia pracuje na pełnych obrotach. Zatrzymałem samochód przy rampie, z której odbierano gotowe produkty. Stał tu rząd częściowo załadowanych wozów ciężarowych. Ludzi nie zauważyłem. Przy wejściu do hali magazynowej siedział strażnik.
- Dzień dobry - powiedziałem. - Czy mógłbym rozmawiać z dyrektorem naczelnym?
- Nie ma - odparł, nie odrywając wzroku od gazety
- A dyrektor do spraw technicznych?
- Nie ma.
- Może ktoś z personelu?
- Nie ma.
- W takim razie, gdzie są?
- Nie wiem.
- Nie przyszli do pracy?
Strażnik łypnął na mnie podejrzliwie.
- A co to go obchodzi?
Otworzyłem usta. Przerwał mi stentorowy głos wypełniający halę:
- Awaria w segmencie pierwszym.
- A to kto? - zapytałem.
- Przetwórnia - odburknął strażnik.
- Co przetwórnia?
- Melduje, że pierwszy segment szlag trafił.
- Ach tak, zapomniałem. To niezwykłe udogodnienie, nie sądzi pan?
- Co?
- No, to meldowanie.
Znowu łypnął na mnie podejrzliwie.
- A czego właściwie chce?
Zastanowiłem się, jakby mu to wyjaśnić.
- Widzi pan - powiedziałem - pół roku temu zbierałem materiały do reportażu...
- To... niby z gazety?
- Właśnie.
- Aaa... trzeba od razu. Proszę, niech wejdzie.
Ominąłem rampę i przez halę magazynową wyszedłem na bezludny dziedziniec. Stalowa łapa penetrowała zamkniętą zagrodę, w której leżała jedynie porzucona torba monterska i trochę rozsypanych narzędzi.
- Awaria w segmencie pierwszym - zagrzmiało znowu.
Zawróciłem.
- Ona tak ciągle? - spytałem strażnika.
- Ostatnio bez przerwy.
- Nie pójdzie pan sprawdzić?
- Ja nie jestem od tego.
- Niech pan chociaż poinformuje dyrekcję albo kogoś z załogi...
- Nie ma. Nie ma nikogo.
- A kiedy będą?
- Ale marudny! U was, w gazecie, wszyscy tacy?
Rozglądnąłem się. Coś mi tu nie grało. Widocznie strażnik spostrzegł moje zdenerwowanie, bo rzekł pośpiesznie:
- Niech się uspokoi. Przetwórnia jest sprawna.
- To po co melduje?
Podszedł do stosu świeżych konserw. Wziął jedną otworzył i najspokojniej zaczął jeść.
- Panie - powiedziałem - trzeba coś zrobić.
- A co? - spytał przełknąwszy wielki kęs.
- Powiadomić odpowiednie władze, że tu nikogo nie ma. Przecież zakład nie może pracować bez nadzoru.
- Spokojna głowa! - machnął ręką. - Ta maszyna lepiej pracuje bez ludzi. Słowo daję. O, proszę, ile naprodukowała. i jakie to dobre!
Wbił widelec w zawartość puszki i wydobył kawałek rogowej oprawy okularów. Spojrzałem na etykietę. Obok rysunku przedstawiającego plastry mięsa przybrane zielenią sałaty widniał napis: "Głowizna w sosie pomidorowym. Artykuł przeceniony."

Do strony Jacka Sawaszkiewicza