Jacek Sawaszkiewicz - Z moim tatkiem


Do strony Jacka
Sawaszkiewicza

Bieg po zdrowie

Biegliśmy skrajem asfaltowej szosy. Tato prowadził. Trzymał dobre tempo, tak że ledwo mogłem nadążyć. Z tyłu nadjechał ciągnik. Przystanął parę metrów przed nami.
- A dokąd to Bóg prowadzi? - spytał traktorzysta ocierając wilgotną twarz. Zaraz na policzkach i brodzie rozmazały mu się ciemne smugi.
Ojciec minął go żwawym truchtem.
- Biegniemy po zdrowie - rzucił mimochodem.
Było upalnie, żar buchał od rozgrzanego asfaltu i od tego wszystkiego ociekałem potem. Co jakiś czas mijały nas samochody, wzbijając takie tumany piasku, że w zębach zgrzytało. Niektórzy kierowcy zwalniali, żeby nas sobie obejrzeć. Jeden syrenkowicz popukał się palcem w czoło. Tato powiedział mu coś, po czym dodał wyraźniej:
- Już niedaleko.
Istotnie, za zakrętem zwolniliśmy. Sto metrów przed nami, na polance, gromadził się tłum. Niektórzy panowie siedzieli i drzemali pod ścianą zagajnika. Sam kiosk był szczelnie oblepiony.
- Jesteśmy na miejscu - stwierdził z ulgą ojciec, a następnie, pomagając sobie łokciami, ruszył na poszukiwanie końca kolejki.
Obserwowałem go z podziwem. Mój tatko ma jednak nosa. Od dwóch dni w całym mieście nie było piwa na lekarstwo.

Teksty nadesłał Grabcu, redagował Greybrow