Jacek Sawaszkiewicz - Z moim tatkiem


Do strony Jacka
Sawaszkiewicza

Lotnia

Tato naczytał się literatury fachowej i postanowił zbudować lotnię.
- To musi być niesłychanie emocjonujące przeżycie: wzbić się ponad domy i szybować w chmurach - powiedział. - Całe życie o tym marzyłem. Lotnia stwarza człowiekowi ogromne szansę.
Przytaknąłem.
- Dzięki lotni można zobaczyć kawałek świata, a przynajmniej okolicy - wtrąciłem. - Z góry ładniejsze są widoki i nie zaprzątają człowiekowi uwagi rzeczy mało ważne.
- I ludzie wyglądają jakby inaczej - dodał ojciec. - Jakoś bardziej sympatycznie. Dzieci do lotniarzy to nawet machają rączkami. Znowu przytaknąłem.
- Sam raz machałem - rzekłem. Tato uderzył pięścią w otwartą dłoń.
- A więc budujemy lotnię - powiedział. - Nie ma nad czym się zastanawiać.
Lotnię zbudowaliśmy z rurek aluminiowych od łóżka polowego i z kilku prześcieradeł. Dla estetyki pomalowaliśmy ją w różne żywe kolorki.
- Teraz musimy wybrać miejsce startu - oświadczył ojciec. - Właściwy wybór miejsca startu jest niezwykle istotny.
Wpadłem w zadumę.
- Może wystartujemy z wieży kościoła? - spytałem.
Tato pokręcił głową.
- Za niska - powiedział. - I ze wszystkich stron otoczona jest wieżowcami, już lepiej startować z dachu tego nowego biurowca, który stoi za miastem. Wyruszymy tam jutro skoro świt.
Tak też zrobiliśmy.
Niestety, pracownicy biurowca nie wpuścili nas na dach. Na domiar wszystkiego rozebrali naszą lotnię.
Cokolwiek by o ludziach mówić, przyznać trzeba, że troszczą się o innych nadzwyczajnie.
Tyle że zostaliśmy bez łóżka polowego.

Teksty nadesłał Grabcu, redagował Greybrow