Jacek Sawaszkiewicz - Z moim tatkiem


Do strony Jacka
Sawaszkiewicza

Rakieta

Ojciec odłożył gazetę i spojrzał na mnie dziwnie.
- Co byś powiedział na budowę pierwszej krajowej rakiety międzyplanetarnej? - zapytał.
- Powiedziałbym, że to śmiała myśl - odparłem bez wahania. Tato zdecydował się w jednej chwili.
- Idziemy do piwnicy - powiedział. - Pomożesz mi powyciągać człony.
Przełknąłem ślinę.
- Człony? - upewniłem się na wszelki wypadek. Ojciec kiwnął energicznie głową.
- Człony do naszej pierwszej rakiety międzyplanetarnej - wyjaśnił z emfazą.
Po kwadransie mieliśmy już co trzeba. Ustawiliśmy to no podwórzu.
- Pierwszym członem będzie kocioł na bieliznę - oświadczył tato. - Drugi wykonamy z piecyka żelaznego. A za kabinę pilota posłuży nam garnek na mleko.
Zatarłem ręce z uciechy.
- Gorsza sprawa z paliwem - zauważył posępnie ojciec.
- Z węgla, saletry i siarki można zrobić niezłą mieszaninę napędową - oznajmiłem. - Trzeba tylko zachować odpowiednie proporcje.
Tato ożywił się ponownie.
- Zrobisz ją? - zagadnął z nadzieją.
- Zrobię - obiecałem. - Ale najpierw poszukajmy pasażera do naszej pierwszej rakiety międzyplanetarnej.
Ojciec rozejrzał się dokoła. Jego wzrok padł na spacerującego opodal śmietnika kocura.
- Kici, kici - powiedział tato. Kocisko łypnęło na nas podejrzliwie.
- Kici, kici - powtórzyłem.
Ale kocur najwyraźniej wolał się trzymać od nas z daleka. Po prostu dał drapaka do piwnicy.
- Nie ma pośpiechu - stwierdził ojciec. - Jutro zmontujemy naszą rakietę i znajdziemy pasażera.
- To będzie wielki dzień - powiedziałem.
Niestety. W nocy zniknęły wszystkie przygotowane do montażu człony oraz wiadro węgla, który miał posłużyć jako paliwo.
W obecnych warunkach raczej trudno będzie zbudować rakietę międzyplanetarną.

Teksty nadesłał Grabcu, redagował Greybrow