Jacek Sawaszkiewicz - Z moim tatkiem


Do strony Jacka
Sawaszkiewicza

Samokrytyka

Udaliśmy się z tatą na obiad do dworcowego baru. Zjedliśmy cynaderki z ziemniaczkami, popiliśmy kompocikiem, a potem - zgodnie z życzeniem personelu - poszliśmy odnieść naczynia.
- Cynaderki były wyborne - powiedział ojciec do pani, która stała za metalową, dymiącą ladą. - Zjedliśmy je z apetytem.
Pani dość mocno przypominała Wańkę-Wstańkę. Buzię miała dużą, okrągłą i rumianą. Brzuch trzymała ułożony na ladzie.
- Takie przyszły - odrzekła patrząc przez nas na przestrzał. - My poddaliśmy je tylko obróbce termicznej.
Zabrzmiało to bez związku.
- Ale ja mówię o cynaderkach - wyjaśnił tato. - Bardzo nam smakowały. A sosikiem można się było rozkoszować.
Pani zakolebała tułowiem. Wzrok ciągle miała utkwiony na niezmierzonej dali.
- Przyrządziliśmy je zgodnie z procedurą - oświadczyła. - Jak ma pan pretensje, to niech pan napisze do producenta półfabrykatów.
Ojciec energicznie potrząsnął głową.
- Nie chcę nigdzie pisać - zapewnił panią. - I nie mam żadnych pretensji. Cynaderki były palce lizać!
Pani skupiła spojrzenie na tacie.
- Powtarzam panu - powiedziała - że przyprawiliśmy je tak, jak stoi w przepisie.
- Na pewno - zgodził się ojciec. - W przeciwnym razie cynaderki nie byłyby takie pyszne. A są naprawdę pierwszorzędne. Pani nabrała czerstwych rumieńców.
- Panie - powiedziała zniżonym głosem. - Odwal się pan, dobrze?
Odstąpiliśmy nieco od lady.
- Nie wierzy mi pani? - zapytał tato. - To niech pani sama spróbuje. Dawno nie jadłem tak aromatycznych, pożywnych i wyśmienitych cynaderek.
Pani jakby napęczniała bardziej.
- Odejdź pan stąd - zwróciła się do ojca - bo jak lunę szmatą przez pysk!...
Odeszliśmy bez komentarzy.
Samokrytykę gastronomia posunęła do absurdu.

Teksty nadesłał Grabcu, redagował Greybrow