Jacek Sawaszkiewicz - Z moim tatkiem


Do strony Jacka
Sawaszkiewicza

Woda

Z powodu słabego ciśnienia w sieci woda nie dochodziła na nasze piętro i musieliśmy czerpać ją u sąsiada z dołu. Nazajutrz razem z ojcem zjawiliśmy się tam ponownie.
- Przyszliśmy podziękować - powiedział tato i przez szparę w drzwiach wręczył sąsiadowi trzy goździki.
Sąsiad rozwarł drzwi ociupinkę szerzej. Z upodobaniem przyjrzał się kwiatkom.
- Za co? - spytał, po czym z kolei przyjrzał się nam. Jakby z mniejszym upodobaniem.
- Za wodę - odrzekł ojciec.
Pan wetknął goździki do kieszeni spodni.
- Głupstwo - powiedział.
- Wcale nie - odezwałem się. - Wzięliśmy od pana chyba ze dwadzieścia wiader.
- Dwadzieścia pięć - sprostował sąsiad. - Ale nie mam pretensji. Po prostu drobiazg.
- Ja bym był innego zdania - powiedział tato. - Dwadzieścia pięć wiader to ponad dwieście litrów. Dzięki pańskiej hojności mogliśmy się wykąpać. Jesteśmy niesłychanie wdzięczni.
Pan przestąpił z nogi na nogę i spojrzał na zegarek.
- Nie ma za co - odparł.
- Przeciwnie - zaprotestował ojciec. - Zawracaliśmy panu głowę przez cały wczorajszy dzień. Sąsiad położył dłoń na klamce.
- Ale teraz wodę już macie? - upewnił się.
- Mamy - odrzekł tato.
- I nie będziemy więcej zawracać panu głowy - odezwałem się powtórnie.
- Świetnie - ucieszył się pan. - No to życzę powodzenia. Ojciec wcisnął się trochę jednym bokiem do mieszkania.
- Mam nadzieję, że pan nie ma do nas żalu o tę kałużę w łazience? - zapytał.
- Nie mam - odpowiedział sąsiad.
- Ani o to, że pochlapaliśmy panu wodą chodniczek na korytarzu? - nalegał tato.
- Ani o chodniczek - potwierdził pan, wypychając ojca za drzwi.
Tato nie dał się wypchnąć.
- Jest pan nie tylko hojny, ale i wyrozumiały - stwierdził.
Sąsiad powiedział coś pod nosem.
- Nie wydaje mi się - dodał głośno i naparł na drzwi od wewnątrz.
Ojciec naparł na drzwi z drugiej strony.
- Mimo wszystko - oznajmił - nie chciałbym, żeby pan z naszego powodu poniósł jakieś straty. Chętnie odniesiemy chodniczek do czyszczenia.
Pan poróżowiał na skroniach. Patrzył na nas z całą pewnością bez upodobania.
- Nie trzeba - powiedział, prąc ile wlezie. - Chodniczek już wysechł i nawet ślad na nim nie został.
- Szkoda - rzekł tato. - Moglibyśmy się jakoś zrewanżować. Sąsiad z całej siły zaparł się nogami o ziemię.
- Nie ma o czym mówić - wystękał.
- Jest pan rzeczywiście wielkoduszny - wystękał dla odmiany ojciec. - Byłbym ogromnie rad, gdybym mógł się panu odwdzięczyć.
Pan niespodziewanie otworzył drzwi na oścież. Zajrzał tacie w twarz.
- Naprawdę? - zapytał cicho. - No to zabierajcie te chabazie z powrotem i żebym was tu więcej nie widział!
Wtłoczył ojcu kwiatki za pazuchę, a potem trzasnął drzwiami, aż echo poszło po klatce schodowej.
Chyba pośpieszyliśmy się z pochwałami

Teksty nadesłał Grabcu, redagował Greybrow