Włodzimierz Różycki
Weekend w mieście

Skończywszy definitywnie z wałęsającymi się tu i ówdzie resztkami snu, John McHmm, Badacz Niezłomny i Znawca Ścieków Prostych, zaczął odmykać lewe oko. Operacja wymagała zachodu; powieka sklejona łzo odporną maścią nasenną długo nie chciała puścić. Dopiero po trzech targnięciach, pięciu okrzykach bólu i jednorazowym - za to głębokim - wbiciu paznokci w twarz, dzieło było dokonane. Zakrywając dłonią nagusieńką źrenicę John McHmm sięgnął po Dezodorant Poprawiający Punkt Widzenia i spryskał nim obficie swój organ wzroku. Teraz można już było wpuścić pierwsze kwanty światła w głąb oka, nie ryzykując przy tym pomieszania zmysłów. Badacz odetchnął: świat w dalszym ciągu istniał. Wczesne promienie słońca przebijały się przez warstwę wielkomiejskich dymów, wpadały do wnętrza domostwa i rzucały rozkoszne błyski na pancerzach robotów i robotek.
Przyszła teraz kolei na prawe oko. Słabiej przyprawione przed zaśnięciem, otworzyło się samo. Można już było dokonać pierwszej weryfikacji danych. Relacja prawego oka wykazała dużą zbieżność z relacją lewego oka. Nie ulegało wątpliwości: w ciągu nocy nie nastąpiła ostateczna katastrofa; niewykluczone, że dzisiaj świat miał się tylko trochę gorzej aniżeli wczoraj.
Należało uzupełnić posiadane informacje. Znawca uznał, że najrozsądniejszym posunięciem będzie zawezwanie służącego.
- Plexi!
- Słucham, sir? - pojawił - się jak spod ziemi Plexiglas. Do podstawowych obowiązków służącego Plexiglasa należało pojawianie się jak spod ziemi.
- Żyjemy, Plexi? Jak sądzisz? - wyszeptał ostrożnie Znawca.
- Ośmielam się zauważyć, że raczej tak, sir - powiedział Plexiglas beznamiętnym głosem służącego o wysokim stopniu fachowości.
- Hmm, to dobrze - John McHmm zamyślił się na jakieś czternaście sekund. - Zaraz, a jakiż mamy dziś dzień?
- Sobota, sir.
- Aha, a godzina? Dobra jakaś?
- Dziesiąta czterdzieści siedem i szesnaście sekund. Jedna z lepszych, sir.
- Tak... Moment, a który to mamy wiek?
- O ile mnie pamięć nie myli - dwudziesty drugi, sir.
- A, racja... Plexi, czytałeś poranną prasę?
- Oczywiście, sir, to wchodzi w zakres moich podstawowych obowiązków służbowych.
- I co, są jakieś widoki na dwudziesty trzeci?
- Nikłe, sir, prawie żadnych. Wszelakoż...
- Ale te dwadzieścia dwa to chociaż pewne? Nikt nam ich nie odbierze? Znawca skrzywił się płaczliwie.
- Absolutnie pewne, sir. Mamy to już w kieszeni.
- Cóż, dobre i to... Dziękuję Plexi, możesz odejść. - Plexiglas momentalnie zniknął, przystępując do wypełniania pomniejszych obowiązków służbowych, nasz Badacz zaś, zadumany, jął dłubać palcem w nosie. Naraz aż podskoczył na łożu, zaprzestał dłubania, natomiast palnął się w czoło.
- Plexi! - wrzasnął ze wzmożoną energią.
- Słucham, sir.
- Czyżbyśmy mieli pogodę? - zapytał Znawca z drżącą nadzieją w sercu. - Zdaje mi się, o ile to nie jest halucynacja albo narkotyk, że świeci Słońce.
- Istotnie, sir. Słońce uparło się świecić od samego rana. Jest wprost ostentacyjnie dobra pogoda.


Ciąg Dalszy Nie Nastąpi (chyba)